Inspiracje

City break w Londynie – jeden z fajniejszych wyjazdów, na których byłam…

Google+ Pinterest LinkedIn Tumblr

Londyn to miasto, które od dawna znajdowało się na mojej liście miejsc do odwiedzenia.
Dlaczego?  Zawsze wydawało mi się, to jedno z takich miejsc, które każdy odwiedzić wręcz powinien. Fascynowała mnie jego historia, kultura, tradycja, ilość zabytków, atrakcji czy przeróżnych restauracji, o których jedynie czytałam lub widziałam w TV. Uwielbiam miejsca, które tętnią życiem i nie pozwalają się nudzić, pomyślałam więc – Londyn to miejsce które muszę kiedyś zobaczyć na własne oczy!

Szczęśliwym trafem, pewnego pięknego letniego dnia, koleżanka, która pracuje w Londynie wystosowała do mnie zaproszenie, abym koniecznie odwiedziła ją we wrześniu. Ha! Z takiej okazji nie sposób było nie skorzystać! Od razu zaczęłam szukać biletów na lot z Bydgoszczy do Londynu Stansted. Mieszkam tu, więc opcja wylotu z Bydgoszczy najbardziej mnie interesowała. Przez tydzień śledziłam uważnie ceny biletów Ryanair i ostatecznie udało mi się upolować bilety za niewiele ponad 100 zł w dwie strony. Nie chcąc siedzieć koleżance zbyt długo na głowie zdecydowałam się na 4-dniowy, weekendowy wypad w terminie 21-25 września.

Dzień 1 (czwartek)

Kiedy przyszedł upragniony czwartek – dzień wylotu, stawiłam się na lotnisku mniej więcej 1,5 h przed odlotem. Spokojnie zdążyłam przejść przez kontrolę bezpieczeństwa i kontrolę paszportową. Miałam jeszcze sporo czasu na zrobienie zakupów w sklepie wolnocłowym. Zaopatrzyłam się w 4 wagony papierosów (maksymalny limit, jaki mogłam zabrać ze sobą na pokład) i kilka słodkich upominków dla koleżanki.

Lot trwał zaledwie 1h 10 min. Na lotnisku w Stansted, po przejściu kontroli,  pobiegłam do stoiska National Express, żeby wykupić bilet na autobus, który zawiezie mnie z lotniska do centrum. Od razu wyposażyłam się w bilet w 2 strony za 18 funtów. Autobusy kursują bardzo często, więc praktycznie 20 min po wyjściu z terminala złapałam swój kurs do stacji Golders Green, gdzie miała czekać na mnie koleżanka.

Do docelowej stacji dotarłam bardzo komfortowym autobusem w ok. 50 min. Na stacji kupiłam tzw. Oyster Card, która miała pozwolić mi na przemieszczanie się komunikacją miejską po Londynie – bez tego podobno ani rusz. Sama karta kosztuje 5 funtów. Jest to kaucja, która jest zwracana przy zwrocie karty, co można zrobić na każdej stacji metra lub w określonych punktach sprzedaży. Oyster Card można „doładować” dowolną kwotą. Przy każdym przejeździe, po przyłożeniu karty do czytnika umieszczonego w autobusie, czy na stacji metra, z karty jest ściągana odpowiednia opłata.

Ze stacji Golders Green ruszyłyśmy w 40-minutową podróż do mieszkania mojej koleżanki, na dobrą sprawę tylko po to, by zostawić bagaże. Tak, zaoszczędziłam parę funtów na noclegu 🙂 ale don’t worry, jeśli nie macie znajomego w Londynie to szeroka gama hoteli czy hosteli na pewno sprosta waszym oczekiwaniom. Naprawdę można tan znaleźć przyzwoity hostel za niewielkie pieniądze np. https://www.booking.com/hotel/gb/via-lewisham.pl.html

Pierwszego dnia na wieczór zaplanowałyśmy zwiedzanie Studia Warner Bros, dlatego, że obie jako dzieciaki byłyśmy fankami Harrego Pottera. O zakupie biletów warto pomyśleć z większym wyprzedzeniem, gdyż rozchodzą się one jak ciepłe bułeczki. My zakupiłyśmy je przez Internet na miesiąc przed wizytą.

Samo studio, gdzie kręcono wszystkie części Harrego Pottera, znajduje się kilkanaście km poza Londynem. Z miejsca gdzie mieszkałyśmy przemieszczałyśmy się do Studia 3 środkami transportu: metrem, pociągiem i autobusem. Ostatni bus zwany jest „Błędnym Rycerzem” i odjeżdża ze stacji Watford Junction wprost do królestwa Harrego.

Mała rada – żeby się nie pogubić na trasie (tej, czy jakiejkolwiek innej) wystarczy telefon z dostępem do Internetu i aplikacji Google Maps 😛 – ani razu w ciągu całego pobytu w Londynie nie wprowadziła nas w błąd.

Zwiedzanie Studia zaczęłyśmy o 18.00, skończyłyśmy o 21.00. Cała wycieczka rozpoczęła się od krótkiej projekcji filmowej i przejścia od hali głównej Hogwartu.

Dalej zaczęło się istne szaleństwo… Można było spróbować swoich sił w lataniu na miotle, można było ubrać się w szaty wybranego domu, można było skosztować kremowego piwa, można było wsiąść do Latającego Forda Anglia, zajrzeć do dormitorium Gryffindoru, gabinetu Dummbledora, sali do lekcji eliksirów, chatki Hargida, komórki pod schodami czy nawet Zakazanego Lasu.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Generalnie można było WSZYSTKO! Można było również kupić WSZYSTKO co związane z tą jakże popularną sagą, od czekoladowych żab, fasolek wszystkich smaków Bertiego Botta, różdżek bohaterów, pluszaków aż po ubrania czy biżuterię. To ostatnie najbardziej przykuło moją uwagę. Już byłam bliska zakupu kolczyków i wisiorka ze Zgredkiem, na szczęście na ziemię sprowadził mnie zdrowy rozsądek i… cena tego cuda.

Co prawda bilety wstępu były drogie (39 funtów za osobę), ale naprawdę warto było odwiedzić to miejsce! Odniosłam wrażenie, że każdego zwiedzającego, niezależnie od wieku, magia tego miejsca wciąga tak samo. Ja obecnie znów czekam na list z Hogwartu 😛

Dzień 2 (piątek)

Od czego można, czy nawet powinno się, rozpocząć swój kolejny dzień w Londynie?
Pewnie, że od śniadania!
Trzeba w końcu mieć energię, żeby aktywnie spędzić cały dzień!

Przy takim śniadaniu składającym się z jajka sadzonego, smażonego boczku, tostów, kiełbaski, fasolki po bretońsku oraz angielskiego przysmaku śniadaniowego zwanego hash browns (starte, smażone ziemniaki) stworzyłyśmy ambitny plan zwiedzania na wszystkie 4 dni mojego pobytu w sercu Anglii.

Po śniadaniu ruszyłyśmy w stronę Tower of London realizować ten plan. Słynną twierdzę zwiedziłyśmy tylko z zewnątrz, gdyż kolejki do wejścia były ogromne. 

Następnie skierowałyśmy się na Tower Bridge. Most ten można zwiedzać także z wewnątrz. Na to jednak się nie zdecydowałyśmy, wystarczyło nam, że patrząc w górę uginały nam się kolana.

Po przejściu mostu ruszyłyśmy na długi spacer wzdłuż Tamizy, mijając  London Bridge i Millenium Bridge. Po drodze wstąpiłyśmy na tętniący życiem Borough Market,  jeden z największych i najstarszych targów żywności w Londynie.

Przerwę zrobiłyśmy sobie na Jubille Garden obok London Eye, gdzie skusiłyśmy się na niestandardowy deser w postaci mrożonego jogurtu. Pycha!

Dalej ruszyłyśmy przez Westminster Bridge podziwiając Opactwo Westminsterskie i Big Bena, który wtedy był i zapewne nadal jest remontowany.

Kolejnym punktem naszego programu zwiedzania był Trafalgar Square –  plac upamiętniający zwycięstwo brytyjskiej Royal Navy w morskiej bitwie pod Trafalgarem. Stamtąd ruszyłyśmy do wnętrz National Gallery. Jako, że obie nie jesteśmy miłośniczkami sztuki, swoją uwagę skierowałyśmy głównie na jedno z najbardziej znanych dzieł, które znajdują się w zbiorach, mianowicie Słoneczniki Van Gogha.

Niecałe 5 min od Galerii Narodowej znajduje się M&M’s World – czyli raj dla „słodyczoholików”.  Jest to czteropiętrowy sklep wypełniony po brzegi kolorowymi cukierkami. Oprócz M&Msów znajdują się tam przeróżne gadżety związane z tą marką, począwszy od pluszaków, czy kubków, aż po biżuterię i ciuchy, co z resztą widać na zdjęciu obok.

Ostatnim punktem zwiedzania zostało China Town – chińska dzielnica oddalona od sklepu M&M’s o niecałe 250 m. Po całym dniu zwiedzania byłyśmy tak zmęczone, że nie miałyśmy nawet siły, żeby wstąpić do którejś z klimatycznych chińskich restauracyjek. A szkoda, bo zapach jedzenia unoszący się w tej dzielnicy Londynu był naprawdę kuszący.

Dzień 3 (sobota)

Dzień trzeci okrzyknęłyśmy dniem muzeów.

Jako pierwsze na naszej liście znalazło się British Museum – chyba najbardziej znane z tego, iż znajduje się w nim kamień z Rozetty, będący zabytkiem piśmiennictwa staroegipskiego. Jego odkrycie miało kluczowe znaczenie dla odczytania egipskich hieroglifów. Na zdjęciu obok widzicie jego fragment – nic bym z tego nie wyczytała 😉

W muzealnym sklepiku z pamiątkami można kupić praktycznie wszystko z utrwalonym obrazem kamienia z Rozetty, notesy, breloki, zapalniczki, a nawet krawaty, czy apaszki. Jak widzicie na zdjęciu obok sprzedają także gumowe kaczki do pływania z podobizną faraona! Mówią, że potrzeba matką wynalazku, czy aby na pewno? O ceny tych gadżetów nie pytajcie … są przytłaczająco wysokie 😛

Następne na naszej liście było Muzeum Historii Naturalnej, do którego przetransportowałyśmy się standardowym, czerwonym, dwupiętrowym autobusem. Sam budynek muzeum robi ogromne wrażenie, podobnie jak znajdująca się wewnątrz kolekcja, która liczy ponad 70 milionów eksponatów. W muzeum możemy podziwiać obiekty z działów takich jak np. botanika,  paleontologia czy zoologia.

W przewodnikach wyczytałyśmy, że dużą popularnością cieszy się symulowane trzęsienie ziemi oraz galeria dinozaurów – zerknęłyśmy zatem w oba te miejsca. Na samym szczycie galerii znajduje się plaster wycięty z pnia sekwoi o średnicy 6 metrów, czyli pień mniej więcej 4 razy większy ode mnie. Podobno jednym z najbardziej imponujących eksponatów jest również umieszczony w głównym holu odlew szkieletu diplodoka. Tak, nie kłamią, rzuca się w oczy i zdecydowanie robi duże wrażenie 🙂

Ostatnim punktem naszego sobotniego zwiedzania Londynu było Science Muzeum, znajdujące się zaraz obok zwiedzanego wcześniej Muzeum Historii Naturalnej.  I tu mamy coś dla miłośników awiacji 🙂 Jedna z wystaw tego muzeum jest w całości poświęcona historii lotnictwa. Trochę czasu tu spędziłyśmy …

 

W muzeum tym można wielu eksponatów dotknąć, czy wykonać z ich użyciem różne eksperymenty. Całość jest  przeznaczona głównie dla młodszych, choć myślę, że starsi też znajdą coś dla siebie. Dla przykładu, ja jako pracownik lotniska znalazłam kilka interaktywnych gier dla siebie np. tę ze zdjęcia o nazwie „Design your luggage system”! 

Każde z tych muzeów jest ogromne i można w nim spędzić cały dzień. Wszystkie z nich są darmowe, więc należy liczyć się z tym, że trzeba będzie poczekać dłuższą chwilę stojąc w kolejce do wejścia.

Dzień 4 (niedziela)

Na ostatni dzień pobytu zostawiłyśmy sobie zmianę warty przy Buckingham Palace. Zmiany są kilka razy w tygodniu w wyznaczonych godzinach, warto zatem z wyprzedzeniem sprawdzić dokładne daty. Na miejsce dotarłyśmy ok. 20 min. przed wyznaczonym czasem. Jak się okazało dużo za późno! Ludzi była już masa… Znalezienie miejsca, z którego byłoby cokolwiek widać graniczyło niemalże z cudem.

 

 

 

 

Czwarty dzień zwiedzania tak dał nam w kość, że potrzebowałyśmy dłuższego odpoczynku w Regent’s Park. W parku tym na pewno napotkacie na wiele przeróżnych rzeźb i innych form artystycznych jak np. ta na zdjęciu. Przez cały wyjazd pogoda była piękna, więc znalazłyśmy okazję, żeby z tego skorzystać i rozkoszować się spokojem i pięknymi widokami.

Po ponad godzinnej przerwie na słońcu ruszyłyśmy dalej. Jako fanka powieści detektywistycznych nie mogłam przejść obojętnie obok Muzeum Sherlocka Holmesa przy Baker Street 221b. Zwiedzanie kosztowało nas 15 funtów za osobę. Po słynnej kamienicy oprowadziła nas bardzo sympatyczna przewodniczka. Kogoś, kto czytał powieść Arthura C.Doyle’a na pewno będzie zachwycony wizytą! Ja byłam! Parę metrów od Muzeum znajduje się także pomnik Sherlocka Holmesa – fotka obowiązkowa!

W drodze powrotnej do domu odwiedziłyśmy jeszcze kolorową dzielnicę Candem, która uważana jest za jedną z najbardziej oryginalnych i zakręconych dzielnic Londynu. W oczy najbardziej rzucają się kolorowe witryny sklepów, w których fan rocka, metalu czy techno znajdzie dla siebie wszystko. Takie „dekoracje”, jak widzicie na zdjęciach to zupełna norma w tej dzielnicy.

W niedzielny wieczór zostało mi tylko pakowanie walizki!
Na lotnisko ruszyłam autobusem National Express, który przywiózł mnie na miejsce dokładnie 2 h przed ustaloną godzina wylotu. Zwiedziłam lotnisko, zjadłam kanapkę i ledwo się obejrzałam, a już o 6.45 siedziałam w samolocie powrotnym do Bydgoszczy.

Podsumowując…

Jak widzicie 4 dni w Londynie spędziłam nad wyraz aktywnie. Najkrócej mogę powiedzieć, że było super! Wiem też, że nie był to mój ostatni wyjazd do Londynu. Mimo tego, że dużo udało mi się zwiedzić, nie zobaczyłam jednak wszystkiego… co z Muzeum Figur Woskowych, co z rejsem po Tamizie, co z przejażdżką najsłynniejszym diabelskim młynem, co z wycieczką śladami Kuby Rozpruwacza?
Odpowiedź jest jedna – trzeba ruszyć do Londynu jeszcze raz! Może wiosną? Polecieć w piątek wieczorem do Luton i wrócić w poniedziałek wieczorem do Bydgoszczy? To tylko 1 dzień urlopu 🙂

Nie wiem jak Wy, ja idę szukać biletów 🙂

1 Komentarz

Napisz komentarz